Albo o których później dowiedzieć się zdołał. Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem, Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem. Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem, Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem, Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim, Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim, Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki, I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki; I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym, W granatowym kontuszu stał przed trybunałem; Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła. Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.
Takie były zabawy, spory w one lata Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny, Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny, Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych, Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych, Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor, W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu, Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów, Które broniły Litwę murami żelaza Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.
Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba, Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba, Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę, Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne. Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy, Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą, Przynosił kości stare na ziemię ojczystą, Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała, Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał I dziwniejsze od baśni historyje gadał.