Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie; On, odetchnąwszy nieco, rzekł: "Niedźwiedź, Mospanie!"
Resztę wszyscy odgadli: że zwierz z m a t e c z n i k a Wyszedł, że w Zaniemeńską Puszczę się przemyka, Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali, Choć ani się radzili, ani namyślali. Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów, Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów, Które, wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu, Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.
"Na wieś! - zawołał Sędzia - hej! konno, setnika! Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika; Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny".
"W skok - krzyknął Podkomorzy - okulbaczyć siwą, Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo Dwie pjawki, które w całej okolicy słyną: Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną; Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu". "Wańka!" - krzyknął na chłopca Asesor po rusku - Tasak mój Sanguszowski pociągnąć na brusku, Wiesz, tasak, co od Księcia miałem w podarunku; Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku". "Strzelby - krzyknęli wszyscy - mieć na pogotowiu!" Asesor wołał ciągle: "Ołowiu, ołowiu! Formę do kul mam w torbie". "Do księdza plebana Dać znać - dodał pan Sędzia - żeby jutro z rana Mszę miał w kaplicy lesnej; króciochna oferta Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta".
Po wydanych rozkazach nastało milczenie; Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie, Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy: Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę Wodza i że Wojskiemu oddają buławę. Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę I uderzywszy ręką poważnie po stole, Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka, Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka: "Jutro - rzekł - pół do piątej przy lesnej kaplicy Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy".