Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem. Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje Przeświecało coś na wskróś, jakby oczu dwoje.
Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie; Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie, Ostygała powoli, barwy brała ciemne; Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne. Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał; Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał! Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce, Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce; Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał, W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał! Wszystko znalazł inaczej. Prawda, że twarz ładną, Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną! A owa pulchność liców i rumieńca żywość, Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość! Znak, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne. I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne! "Po cóż się łudzić? - krzyknął - zgaduję po czasie! Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!"
Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze, Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma?
Hrabia z załamanemi poglądał rękoma Na snopek uwiązanej trawami mietlicy, Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy. Nie zapomniał naczynia: złocista konewka, Ów różek Amaltei, była to marchewka! Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie: Więc było po uroku! po czarach! po dziwie!
Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty, Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty, Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem, A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy Nagą łodygę szarozielonawej trawy.
Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał Tamtędy, kędy przyszedł, ale drogę skracał, Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście, Aż przeskoczywszy parkan, odetchnął nareście! Przypomniał, że dziewczynie mówił o śniadaniu; Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu; W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?