Postrzegli, że uciekał? Kto wie, co pomyślą? Więc wypadało wrócić. Chyląc się u płotów, Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów Rad był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec, Który prosto prowadził na dworski dziedziniec. Szedł przy płocie, a głowę odwracał od sadu, Jak złodziej od śpichlerza, aby nie dać śladu, Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził. Tak Hrabia był ostróżny, choć go nikt nie śledził; Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.
Był gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą; Po jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych, Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych, Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy, Niby tańce, i dziwny ubior: istne duchy Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych, Ci w długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych; Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim, Ten z gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony, Ciągnące się za głową jak komet ogony. Każdy w innej postawie: ten przyrósł do ziemi, Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi; Ów patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy; Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony. Jeżeli się przybliżą albo się spotkają, Ani mówią do siebie, ani się witają, Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni. Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni, Które chociaż boleściom, troskom niedostępne, Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne.
Któż by zgadnął, że owi, tak mało ruchomi, Owi milczący ludzie - są nasi znajomi? Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania. Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować Mowy i ruchy swoje, aby je stosować W każdej okoliczności do miejsca i czasu. Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu, Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne: Służące do przechadzki opończe płócienne, Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,