A na głowy słomiane wdziali kapelusze, Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze. Młodzież także przebrana, oprocz Telimeny I kilku po francusku chodzących.
Tej sceny Hrabia nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju, Więc zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju.
Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice, Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e, Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada, I dziwna; żaden owad na nich nie usiada. Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m, Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem. Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy, Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory, Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku Dla szkodliwości albo niedobrego smaku, Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą I gniazdem są owadów, i gajów okrasą. Na zielonym obrusie łąk jako szeregi Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone, Niby czareczki rożnem winem napełnione; K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe, L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe, B i e 1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie, Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie, I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona P u r c h a w k a, jak pieprzniczka - zaś innych imiona Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku, Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku. Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy, A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy, Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie; Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.
Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera. Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera Z głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie Mówił o niej, że grzybów szukała na drzewie; Asesor ją złośliwiej równał do samicy, Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.