Oddalała się z wolna od swych towarzyszy I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły, Ocieniony, bo drzewa gęściej na nim rosły. W środku szarzał się kamień; strumień spod kamienia Szumiał, tryskał i zaraz, jakby szukał cienia, Chował się między gęste i wysokie zioła, Które wodą pojone bujały dokoła; Tam ów bystry swawolnik, spowijany w trawy I liściem podesłany, bez ruchu, bez wrzawy, Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce, Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce, Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe I liścia makowego nasypie pod głowę. Miejsce piękne i ciche; tu się często schrania Telimena, zowiąc je Ś w i ą t y n i ą d u m a n i a.
Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik Z ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik, I podobna pływaczce, która do kąpieli Zimnej schyla się, nim się zanurzyć ośmieli, Klęknęła i powoli chyliła się bokiem; Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem, Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła, Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła, Z głową w dół skłonioną; na dole, u głowy, Błysnął francuskiej książki papier welinowy; Nad alabastrowymi stronicami księgi Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi.
W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu, W sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu, Od której odbijał się włos z jednego końca, Z drugiego czarny trzewik, po bokach błyszcząca Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica, Wydawała się z dala jak pstra gąsienica, Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.
Niestety! Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety Darmo czekały znawców; nikt nie zważał na nie, Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie. Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem, I nie śmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem. Jak strzelec, gdy w ruchomej gałęzistej szopie Usiadłszy na dwóch kołach podjeżdża na dropie, Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje, Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję, Niby to bronę włóczy, niby jedzie miedzą,