Szczęściem, człowiek nie zbłądzi do tego ostępu, Bo Trud i Trwoga, i Śmierć bronią mu przystępu.
Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary, Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary, Wnętrznej ich okropności rażone widokiem, Uciekają skowycząc, z obłąkanym wzrokiem; I długo potem, ręką pana już głaskane, Drżą jeszcze u nóg jego, strachem opętane. Te puszcz stołeczne, ludziom nie znane tajniki W języku swoim strzelcy zowią: m a t e c z n i k i.
Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział, Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział; Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność, Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność, Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził, I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził, I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi, By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi; Teraz Wojski z obławą, już od matecznika Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka.
Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.
Cicho - próżno myśliwi natężają ucha; Próżno, jak najciekawszej mowy, każdy słucha Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka; Tylko muzyka puszczy gra do nich z daleka. Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki, A strzelcy obróciwszy do lasu dwórurki, Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta; Jako w twarzy lekarza wzrok przyjacioł czyta Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby, Tak strzelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby, Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi. "Jest! jest!" - wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi. On słyszał! Oni jeszcze słuchali - nareszcie Słyszą: jeden pies wrzasnął, potem dwa, dwadzieście, Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrają Doławiają się, wrzeszczą, wpadli na trop, grają, Ujadają: już nie jest to powolne granie Psów goniących zająca, lisa albo łanie, Lecz wciąż wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły; To nie na ślad daleki ogary napadły, Na oko gonią - nagle ustał krzyk pogoni,