Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził; On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził, Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje, Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył, Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył; A potem, dłoń podnosząc i kulę na dłoni: "Panowie - rzekł - ta kula nie jest z waszej broni, Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki (Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki), Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło! Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie, A niedźwiedź z tyłu już - już na Hrabiego głowie, Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli. krzyknąłem; i Pańscy anieli Zesłali mi na pomoc księdza Bernardyna. On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna! Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił, On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił: Między dwie głowy strzelić! Sto kroków! Nie chybić! I w sam środek paszczęki! Tak mu zęby wybić! Panowie! Długo żyję, jednego widziałem Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem. Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków, Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków, Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne, Ów Jacek, vulgo Wąsal; nazwiska nie wspomnę. Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi: Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi. Chwała Księdzu! Dwom ludziom on życie ocalił, Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił, Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie, I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości; Pójdź, Księże, wypijemy zdrowie Jegomości".
Próżno szukano Księdza; wiedzą tylko tyle, Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę, Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi, A widząc, że obadwa cali są i zdrowi, Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.