Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony, Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu, I zamiast iść do panów, stały na uboczu.
Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło, Asesor rzucał okiem, ale niewesoło, Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić: Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić, Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty, Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.
Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni; Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać, Lecz nie słuchali pilnie; ci zaczęli świstać, Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci, Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.
Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił; Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił I kończył rzecz przerwaną: "Na czem więc stanąłem? Aha! na tem, że obu za słowo ująłem, Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę. Szlachta w krzyk: A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro, Że skóra źwierza nie jest lada jaką miarą. Wszak wiecie Waćpanowie, jak królowa Dydo Przypłynęła do Libów i tam z wielką biĂŠdą Wytargowała sobie taki ziemi kawał, Który by się wołową skórą nakryć dawał; Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago! Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.
Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką Jedzie Dowejko, z drugiej na koniu Domejko. Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty, Pas ze skóry niedźwiedziej porzniętej na szmaty. Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie Z jednej strony, Domejkę zaś na drugiej stronie. . Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi Nuż im z Ewanieliji, z statutów dowodzić; Nie ma rady: - śmieli się i musieli zgodzić.
Spor ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił, I Dowejko się z siostrą Domejki ożenił, Domejko pojął siostrę szwagra, Dowejkównę, Podzielili majątek na dwie części równe,