Wtem gałąź wstrząsła się trącona I pomiędzy jarzębin rozsunione grona Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica: To jagód lub orzechów zbieraczka, dziewica; W krobeczce z prostej kory podaje zebrane Bruśnice świeże jako jej usta rumiane; Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina, Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna.
Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie: Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie, I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi, Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi.
W Soplicowie ruch wielki; lecz ni psów hałasy, Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy, Ni odgłos trąb dających hasło polowania Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania; Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak w norze. Nikt z młodzieży nie myślił szukać go po dworze; Każdy sobą zajęty śpieszył, gdzie kazano; O towarzyszu sennym całkiem zapomniano.
On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło; On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło, Chroniąc się blasku: nagle usłyszał stuknienie, Przebudził się; wesołe było przebudzenie. Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał, Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiĂŠchał: Myśląc o wszystkiem, co mu wczora się zdarzyło, Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.
Spojrzał w okno, o dziwy! w promieni przezroczu, W owem sercu, błyszczało dwoje jasnych oczu, Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenie, Kiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie; Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz z boku Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku; Palce drobne, zwrócone na światło różowe, Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe; Usta widział ciekawe, roztulone nieco, I ząbki, co jak perły śród koralów świecą, I lica, choć od słońca zasłaniane dłonią Różową, same całe jak róże się płonią.
Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu, Leżąc na wznak, cudnemu dziwił się zjawieniu