Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca: Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały, Zawiesił dźwięcznostronne na scianie cymbały; Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem, Przy tem w pobliskiem mieście był też podrabinkiem, A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym Doradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym, Na wicinnym: potrzebna jest znajomość taka Na wsi. - Miał także sławę dobrego Polaka.
On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe, Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę; Szanowali go równie i starzy stronnicy Horeszkowscy, i słudzy sędziego Soplicy. On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym Klucznikiem horeszkowskim i kłotliwym Woźnym; Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy: Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy.
Gerwazego nie było; ruszył na obławę, Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony; Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.
Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu, Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu, Zwane p o k u c i e m, kwestarz ksiądz Robak zajmował; Jankiel go tam posadził; widać, że szanował Wysoko Bernardyna, bo skoro dostrzegał Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał I rozkazał dolewać lipcowego miodu. Słychać, że z Bernardynem znali się za młodu Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał O ważnych rzeczach; słychać było, że towary Ksiądz przemycał, lecz potwarz ta niegodna wiary.
Robak wsparty na stole wpółgłośno rozprawiał, Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał, I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze; Brano z niej i kichała szlachta jak możdzerze.
"Reverendissime - rzekł kichnąwszy Skołuba - To mi tabaka, co to idzie aż do czuba; Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi), Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi); Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem, Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.