Byłem tam lat już..." Robak przerwał mu: "Na zdrowie Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie! Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodzi Z dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziĂŠj; Pochodzi z Jasnej Góry; księża paulinowie Tabakę taką robią w mieście Częstochowie, Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony Bogarodzicy Panny, Królowej Korony Polskiej; zowią ją dotąd i Księżną Litewską! Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską, Lecz na Litewskiem Księstwie teraz syzma siedzi!" "Z Częstochowy? - rzekł Wilbik. - Byłem tam w spowiedzi, Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście; Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście, Że chce kościoł rozwalać i skarbiec zabierze, Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?" "Nieprawda - rzekł Bernardyn - nie! Pan Najjaśniejszy, Napoleon, katolik jest najprzykładniejszy; Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie I nawracają ludzi w francuskim narodzie, Który się trochę popsuł; prawda, z Częstochowy Oddano wiele srebra na skarb narodowy Dla Ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe. Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze; Wszakże w Warszawskiem Księstwie mamy sto tysięcy Wojska polskiego, może wkrótce będzie więcĂŠj, A któż wojsko opłaci? Czy nie wy, Litwini? Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni". "Kat by dał! - krzyknął Wilbik - gwałtem od nas biorą". "Oj, Dobrodzieju!" - chłopek ozwał się z pokorą, Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę - Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę, Lecz nas drą jak na łyka". - "Cham! - Skołuba krzyknął. - Głupi, tobieć to lepiej, tyś, chłopie, przywyknął Jak węgórz do odarcia; lecz nam u r o d z o n y m, Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym! Ach, bracia! Wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie... ("Tak, tak! - krzyknęli wszyscy - rowny wojewodzie!") Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować Papiery i szlachectwa papierem probować". "Jeszcze Waszeci mniejsza - zawołał Juraha. - Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha;