Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości; Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości: Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów, Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów! A przy tem zawiść, którą czuł do Tadeusza, Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.
Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: "Mój domek zbyt mały Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały; Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy, Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy".
Podkomorzy, zgadując, na co się zanosi, Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi.
"Godzieneś pochwał - rzecze - Hrabio, mój sąsiedzie, Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie; Nie tak jak modni wieku twojego panicze, Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie; Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie. Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić Ziemią w sposób następny..." - Tu zaczął wywodzić Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany: Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli, Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli, Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę, W kąt.
Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka, Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika, Z małych drzwiczek, ukrytych pomiędzy filary Wysunęła się cicho postać na kształt mary. Gerwazy! Poznano go po wzroście, po licach, Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach. Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy, Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy; W ręku trzymał błyszczący klucz, jakby puginał, Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał.
Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary, Dwa kurantowe, w szafach zamknięte zegary; Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie, Południe wskazywały często o zachodzie; Gerwazy nie przybrał się machinę naprawić, Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić,