Z włości wezwać wasalów!" "Lokajów? broń Boże! - Przerwał Gerwazy. - Czy to zajazd jest hultajstwem? Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem? Mój Panie, na zajazdach nie znacie się wcale; Wąsalów - co innego, zdadzą się wąsale. Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach: W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach; Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie; Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie, Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców! Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców; To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca; Pan spać lubi, już późno, drugi kur już pieje; Ja tu będę pilnować zamku, aż rozdnieje, A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku".
Na te słowa pan Hrabia ustąpił z krużganku; Ale nim odszedł, spójrzał przez otwór strzelnicy I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy: "Iluminujcie! - krzyknął. - Jutro o tej porze Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze!"
Gerwazy siadł na ziemi, oparł się o ścianę I pochylił ku piersiom czoło zadumane; Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy, Gerwazy po nim kryślił palcem różne rysy; Widać, że przyszłych wypraw snuł plany wojenne. Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne, Bezwładną kiwnął szyją, czuł, że go sen bierze; Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze. Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją: Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne pany, Ci niosą karabele, drudzy buzdygany, Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa, Składa się karabelą, buzdyganem wstrząsa - Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął, Z krwawą na piersi plamą. Gerwazy się wzdrygnął, Poznał Stolnika; zaczął wkoło siebie żegnać I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać, Odmawiał litaniją o czyscowych duszach.
Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach - Widzi tłum szlachty konnej, błyszczą karabele: Zajazd! zajazd Korelicz, i Rymsza na czele!