Tę kibić i tę główkę widział na parkanie, Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.
Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania; Widząc, że blednie i że na nogach się słania, Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku; Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku, Nic nie mówiąc - szerokie, obłędne źrenice Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę. Dostrzegła Telimena, iż pierwsze spojrzenie Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie; Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana. Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega: Czy zdrów? dlaczego smutny? pyta się, nalega, Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty; Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty, Nic nie gadając, marszczył brwi i usta krzywił: Tym bardziej Telimenę pomieszał i ździwił Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy, Powstała zagniewana i ostremi słowy Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty; Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty; Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa splunął, Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął, Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem, że tej sceny Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny.
Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole; Jak szczupak, gdy mu oścień skróś piersi przekole, Pluska się i nurtuje, myśląc, że uciecze, Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze: Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty, Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty, Bez celu i bez drogi; aż niemało czasu Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu I trafił, czy umyślnie, czyli też przypadkiem, Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem, Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania, Miejsce, jak wiemy, zwane Świątynią dumania.
Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona! Telimena, samotna, w myślach pogrążona, Od wczorajszej postacią i strojem odmienna, W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna; Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie, Choć nie słyszysz szlochania, znać, że we łzach tonie.