Daremnie broniło się serce Tadeusza: Ulitował się, uczuł, że go żal porusza, Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem, Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem: "Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił!" Więc z wolna głowę ku niej zza drzewa wychylił, Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia, Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia, Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonym, blada, Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada I nie mogąc już powstać, kręci się po darni. Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni; Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana.
Skoczył Tadeusz, myśląc, że jest pomieszana Lub ma wielką chorobę. Lecz z innej przyczyny Pochodziły te ruchy.
U bliskiej brzeziny Było wielkie mrowisko. Owad gospodarny Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny; Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię dumania; Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi. Nieszczęściem, Telimena siedziała śród drożki; Mrówki znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki, Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać, Telimena musiała uciekać, otrząsać, Na koniec na murawie siąść i owad łowić.
Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmowić; Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył, Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył - W tak przyjaźnej postawie, choć nic nie mówili O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili; I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa, Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa -
Hasło wieczerzy. Pora powracać do domu, Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu. Może szukają? razem wracać nie wypada; Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada, A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi; Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi: Telimenie zdało się, że raz spoza krzaka Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka, Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi