Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem, Pomieszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem. Chciała zasępionego Hrabiego zabawić, Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić, Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki, A raczej, jako myślił Tadeusz, z zasadzki; Słuchając Telimeny, czoło podniosł hardo, Brwi zmarszczył, spójrzał na nią ledwie nie z pogardą; Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi, Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi, Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiĂŠcha, Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha. Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie, Że umizgał się tylko na złość Telimenie; Bo głowę odwracając niby nieumyślnie, Coraz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie.
Telimena nie mogła pojąć, co to znaczy: Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy. Wreszcie, nowym zalotom Hrabiego dość rada, Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.
Tadeusz, też posępny, nic nie jadł, nic nie pił, Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił; Telimena mu leje wino, on się gniewa Na natrętność; pytany o zdrowie - poziewa. Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora), Że Telimena zbytnie do zalotów skora; Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko, Nieskromnie - a dopiero, kiedy podniosł oko! Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice: Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice, Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę! Przebóg! naróżowana!
Czy róż w złym gatunku, Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku: Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskroś grubszą płeć odsłania. Może to sam Tadeusz, w Świątyni dumania Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła. Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu I poprawić kolory swe nie miała czasu; Około ust szczególniej widne były piegi. Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi, Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać: