Woźny już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi. Jak lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi, Bieży ku niej, a strzelców zna fortele skryte, Bieży, staje, przysiada coraz, wznosi kitę I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli, Pyta wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli: Protazy zeszedł z drogi i wzdłuż sianożęci Krąży około domu: pałkę w ręku kręci, Udaje, że obaczył kędyś bydło w szkodzie; Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie; Schylił się, bieży, rzekłbyś, iż derkacza tropi, Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.
W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie, Koło domu, jest pewny przytułek zwierzynie I ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście, Bo go dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni, Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni. W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka Lub pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka. I nawet często zbiegli od rekruta chłopi, Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi. I stąd w czasie bitew, zajazdów, tradowań Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań, Ażeby stanowisko zająć konopiane, Które z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę, A z tyłu, pospolicie stykając się z chmielem, Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem.
Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu, Bo przypomniał z samego rośliny zapachu Różne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki, Jedne po drugich, biorąc konopie na świadki: Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet, Rozkazał mu, oparłszy o piersi pistolet, Wleźć pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać, Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać. Jak później Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały, Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały, Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki, Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier, Krzycząc: "Albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!"