Może go ona kocha? za męża wybierze! Jakimże prawem chciałbym zerwać to zamęście I, sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście?"
Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu, Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu!
Więc kułak przycisnąwszy na schylonem czole, Biegł ku łąkom, gdzie stawy błyszczały się w dole, I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta Ku nim: bo samobójstwo jak każda rozpusta Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.
Lecz Telimena, z dzikiej młodzieńca postawy Zgadując rozpacz, widząc, że pobiegł nad stawy, Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała, Przelękła się; w istocie dobre serce miała. Żal jej było, że inną śmiał Tadeusz lubić, Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić; Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie, Krzycząc: "Stój! głupstwo! kochaj czy nie! żeń się sobie Czy jedź! tylko stój!" - Ale on już szybkim biegiem Wyprzedził ją daleko; już - stanął nad brzegiem.
Dziwnym zrządzeniem losów, po tym samym brzegu Jechał Hrabia na czele dżokejów szeregu, A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej I harmoniją cudną orkiestry podwodnej, Owych chorów, co brzmiały jak arfy eolskie (Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie), Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie, Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie. Oczy wodził po polach, po niebios obszarze: Pewnie układał w myśli nocne peizaże.
Zaiste, okolica była malownicza! Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza Jako para kochanków: prawy staw miał wody Gładkie i czyste jako dziewicze jagody; Lewy, ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana Smagława i już męskim puchem osypana. Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło Najeżone łozami, wierzbami czubate; Oba stawy ubrane w zieloności szatę.