Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie się uwijał; Ilekroć mu przeciwnik broń na bok odbijał, On cofał się; młodego nie mógł Maciek zgonić, I tak, nie raniąc, musiał tylko siebie bronić. Już mu Proporszczyk dzidą lekką ranę zadał, Już wznosząc w górę berdysz, do cięcia się składał: Chrzciciel nie zdoła dobiec, lecz staje w pół drogi, Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi. Skruszył kość; już Proporszczyk szponton z rąk upuszcza, Słania się; wpada Chrzciciel, za nim szlachty tłuszcza, A za szlachtą Moskale od lewego skrzydła Biegą zmieszani; wszczął się bój koło Kropidła.
Chrzciciel, który w obronie Maćka oręż stracił, Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił, Bo przypadło nań z tyłu dwóch silnych Moskali I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali; Upiąwszy się nogami, ciągną jako liny Sprężyste, uwiązane do masztu wiciny; Daremnie w tył Kropiciel ciska ślepe razy, Chwieje się - a wtem postrzegł, że blisko Gerwazy Walczy; zawołał: "Jezus Maria! Scyzoryku!"
Klucznik, trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku, Odwrócił się i spuścił ostrze płytkiej stali Między głowę Chrzciciela i ręce Moskali. Cofnęli się, wydawszy przeraźliwe głosy, Lecz jedna ręka, mocniej wplątana we włosy, Została się, wisząca i krwią buchająca. Tak orlik, jedną szponę gdy wbije w zająca, Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi, A zając, targnąwszy się, orła wpół rozszczepi, Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie, A lewą, zakrwawioną, źwierz na pola niesie.
Kropiciel, wolny, oczy obraca dokoła, Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła, Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w kroku I pilnując się z bliska Gerwazego boku, Aż Saka, syna swego, postrzega w natłoku. Sak prawą ręką szturmak wymierza, a lewą Ciągnie za sobą długie, sążniowate drzewo, Uzbrojone w krzemienie i w guzy, i sęki (Nikt by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki). Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył, Chwycił je, ucałował, z radości podskoczył,