Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył, Daremnie śpiewać, nikt by muzie nie uwierzył, Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiĂŠcie, Która, stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie, Widziała, jako Dejów, moskiewski jenerał, Wchodząc z pułkiem Kozaków, już bramę otwierał I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki, Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.
Dosyć, że się tak stało, jak przewidział Ryków: Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników. Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych, Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych, Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę, Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.
Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela, Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela; Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela.
On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony Księdzu bić się), lecz jako człowiek doświadczony Dawał rady, plac boju z różnych stron obchodził, Wzrokiem, ręką, walczących zachęcał, przywodził. I teraz woła, aby do niego się łączyć, Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo dokończyć. Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa, Że jeżeli broń złoży, życie swe zachowa; Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać, Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.
Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu; Zebrawszy koło siebie z pół batalijonu, Krzyknął: "Za broń!" - wnet szereg karabiny chwyta, Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita; Krzyknął: "Cel!" - rury rzędem zabłysnęły długim, Krzyknął: "Ognia koleją!" - grzmią jeden po drugim; Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki, Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki. Cały szereg zdaje się być ruchawym płazem, Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem.
Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pjani, Źle mierzą i chybiają, rzadko który rani, Ledwie który zabije; przecież dwóch Maciejów Już zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów. Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,