Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali, Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali; Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera, Związany w kij do swego własnego rapiera; Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych, W czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych; Jeden z nich, opasany szarfą, trzymał szpadę I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę, Szepcąc: "Wiąż! wiąż!" Dokoła leżą jak barany Dżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie związany, Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnety Stoją drabi. - Poznał ich Gerwazy, niestety! Moskale!!!
Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach, Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach, A przecież się uwalniał; wiedział o sposobie Rwania więzów, był silny bardzo, ufał sobie. Przemyślał ratować się milczkiem; oczy zmrużył, Niby śpi, z wolna ręce i nogi przedłużył, Dech wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężej; Aż jednym razem kurczy, wydyma się, pręży, Jak wąż, głowę i ogon gdy chowa w przeguby, Tak Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby; Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły powrozy, Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy Przewrócił się i w ziemię schowawszy twarz gniewną, Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak drewno.
Wtem ozwały się bębny, naprzód z rzadka, potem Coraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem; Na ten apel rozkazał oficer Moskali Dżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali, Szlachtę wieść na dwór, kędy stała druga rota. Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.
Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele: Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele, Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele. Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie, Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie.
Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził? Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził? Asesor-li, czy Jankiel? Różnie słychać o tem, Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.