Może mnie bierzesz, Zosiu, nie tak z przywiązania, Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania; Ale małżeństwo, Zosiu, jest rzecz wielkiej wagi; Radź się serca własnego, niczyjej powagi Tu nie słuchaj, ni stryja groźb, ni namów cioci; Jeśli nie czujesz dla mnie nic oprócz dobroci, Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać; Więzić twej woli nie chcę, będziem, Zosiu, czekać. Nic nas nie nagli, zwłaszcza że wczora wieczorem Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem W pułku tutejszym, nim się z mych ran nie wyleczę. I cóż, kochana Zosiu?"
Na to Zosia rzecze, Wznosząc głowę i patrząc w oczy mu nieśmiało: "Nie pamiętam już dobrze, co się dawniej działo; Wiem, że wszyscy mówili, iż za mąż iść trzeba Za Pana; ja się zawsze zgadzam z wolą Nieba I z wolą starszych". Potem, spuściwszy oczęta, Dodała: "Przed odjazdem, jeśli Pan pamięta, Kiedy umarł ksiądz Robak, w ową burzę nocną, Widziałam, że Pan jadąc żałował nas mocno: Pan łzy miał w oczach; te łzy, powiem Panu szczerze, Wpadły mnie aż do serca; odtąd Panu wierzę, Że mnie lubisz; ilekroć mówiłam pacierze Za Pana powodzenie, zawsze przed oczami Stał Pan z temi dużemi, błyszczącemi łzami. Potem Podkomorzyna do Wilna jeździła, Wzięła mię tam na zimę, alem ja tęskniła Do Soplicowa i do tego pokoiku, Gdzie mnie Pan naprzód w wieczór spotkał przy stoliku, Potem pożegnał; nie wiem, skąd pamiątka Pana, Coś niby jak rozsada w jesieni zasiana, Przez całą zimę w mojem sercu się krzewiła, Że jako mówię Panu - ustawniem tęskniła Do tego pokoiku i cóś mi szeptało, Że tam znów Pana znajdę, i tak się też stało. Mając to w głowie, często też miałam na ustach Imię Pana - było to w Wilnie za zapustach; Panny mówiły, że ja jestem zakochana: Jużci, jeżeli kocham, to już chyba Pana".
Tadeusz, rad z takiego miłości dowodu, Wziął ją pod rękę, ścisnął i wyszli z ogrodu Do pokoju damskiego, do owej komnaty, Kędy Tadeusz mieszkał przed dziesięcią laty.