Żeby patrzeć, jak ona pleła swe ogródki, Rwała ogórki albo karmiła kogutki. Niewdzięczna! Spuścił głowę, i na koniec świsnął Mazurka, potem kaszkiet na uszy nacisnął I szedł w obóz, gdzie stała przy armatach warta; Tam dla rozerwania się zaczął grać w drużbarta Z wiarusami, kielichem osładzając żałość. Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość.
Zosia tańczy wesoło; lecz choć w pierwszej parze, Ledwie widna z daleka; na wielkim obszarze Zarosłego dziedzińca, w zielonej sukience, Ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce, Śród traw i kwiatów krąży niewidzialnym lotem, Rządząc tańcem, jak anioł nocnych gwiazd obrotem: Zgadniesz, gdzie jest, bo ku niej obrócone oczy, Wyciągnięte ramiona, ku niej zgiełk się tłoczy. Darmo się Podkomorzy zostać przy niej sili; Zazdrośnicy już z pierwszej pary go odbili; I szczęśliwy Dąbrowski niedługo się cieszył, Ustąpił ją drugiemu, a już trzeci śpieszył; I ten, zaraz odbity, odszedł bez nadziei. Aż Zosia, już strudzona, spotkała z kolei Tadeusza, i dalszej lękając się zmiany, I chcąc przy nim pozostać, zakończyła tany. Idzie do stołu gościom nalewać kielichy.
Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy; Okrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany, U góry błękitnawy, na zachód różany; Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące, Tam jako trzody owiec na murawie śpiące, Ówdzie nieco drobniejsze, jak stada cyranek. Na zachód obłok na kształt rąbkowych firanek, Przejrzysty, sfałdowany, po wierzchu perłowy, Po brzegach pozłacany, w głębi purpurowy, Jeszcze blaskiem zachodu tlił się i rozżarzał, Aż powoli pożółkniał, zbladnął i poszarzał; Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło I raz ciepłym powiewem westchnąwszy - usnęło.
A szlachta ciągle pije i wiwaty wznosi: Napoleona, Wodzów, Tadeusza, Zosi, Wreszcie z kolei wszystkich trzech par zaręczonych, Wszystkich gości obecnych, wszystkich zaproszonych, Wszystkich przyjaciół, których kto żywych spamięta I których zmarłych pamięć pozostała święta!