Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju Wychodziła gromada niosąca krobeczki, Koszyki, uwiązane końcami chusteczki, Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły, Jako wachlarz zwiniony, b o r o w i k rozrosły, W drugim związane razem, jakby polne kwiatki, O p i e ń k i i rozlicznej barwy s u r o j a d k i: Wojski miał m u c h o m o r a. Z próżnemi przychodzi Rękami Telimena, z nią panicze młodzi.
Goście weszli w porządku i stanęli kołem. Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem; Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy. Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży; Obok stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie. Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, Podano w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.
Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdarza; Nikt nie gadał pomimo wezwań gospodarza. Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie; Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza. Telimena, mówiąca wciąż do Tadeusza, Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić, Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić: Tak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia, I razem w pastkę wróbla. Tadeusz i Hrabia, Obadwa radzi z siebie, obadwa szczęśliwi, Oba pełni nadziei, więc nie gadatliwi. Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie, A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie, Czy ów kluczyk nie uciekł; ręką nawet chwytał I kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał. Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana, Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.
Przemijały w milczeniu talerze i dania; Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania Gość niespodziany, szybko wpadając - gajowy; Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy, Podbiegł do Pana; widać z postawy i z miny, Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.