I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy; Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się marzy Jedna z tych miłych, jasnych twarzyczek dziecinnych, Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych. Twarzyczka schyliła się - ujrzał, drżąc z bojaźni I radości, niestety! ujrzał najwyraźniej, Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty, W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty Niby srebrzyste strączki, co od słońca blasku Świeciły jak korona na świętych obrazku.
Zerwał się; i widzenie zaraz uleciało Przestraszone łoskotem; czekał, nie wracało! Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie I słowa: "Niech Pan wstaje, czas na polowanie, Pan zaspał". Skoczył z łóżka i obu rękami Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany; Wyskoczył, patrzył wkoło zdumiony, zmieszany, Nic nie widział, nie dostrzegł niczyjego śladu. Niedaleko od okna był parkan od sadu, Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce Chwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce? Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie, Nie śmiał iść w ogród; tylko wsparł się na parkanie, Oczy podniosł i z palcem do ust przyciśnionym Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapionĂŠm Nie rozerwał myślenia; potem w czoło stukał, Niby do wspomnień dawnych, uśpionych w niem, pukał, Na koniec, gryząc palce, do krwi się zadrasnął I na cały głos: "Dobrze, dobrze mi tak!" wrzasnął.
We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku, Teraz pusto i głucho jak na mogilniku: Wszyscy ruszyli w pole; Tadeusz nadstawił Uszu i ręce do nich jak trąbki przyprawił, Słuchał, aż mu wiatr przyniosł, wiejący od puszczy, Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy.
Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany, Wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany Pędził ku karczmom, które stały przy kaplicy, Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.
Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi, Oknami wzajem sobie grożąc jako wrogi; Stara należy z prawa do zamku dziedzica,