Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy Krup jęczmiennych: to ziarno, godne pańskich stołów, Robi się dla zaprawy litewskich rosołów; Zosia je wykradając z szafek ochmistrzyni Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni.
Usłyszała wołanie: "Zosiu!" To głos cioci! Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci, A sama, kręcąc sito jako tanecznica Bębenek i w takt bijąc, swawolna dziewica Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury: Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry. Zosia, stopami ledwie dotykając ziemi, Zdawała się najwyżej bujać między niemi; Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy, Leciały jak przed wozem bogini rozkoszy.
Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła I na kolanach ciotki zadyszana siadła; Telimena, całując i głaszcząc pod brodę, Z radością zważa dziecka żywość i urodę (Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę). Ale znowu poważnie nastroiła lice, Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy, Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy:
"Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz I na stan, i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki; Fi! to godna zabawka dygnitarskiej córki! I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli Napieściłaś się! Zosiu! patrząc, serce boli; Opaliłaś okropnie płeć, czysta Cyganka, A chodzisz i ruszasz się jak parafijanka. Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę; Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę, Do salonu, do gości - gości mamy siła, Patrzajżeż, ażebyś mnie wstydu nie zrobiła".
Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie, I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie, Płakała i śmiała się na przemian z radości. "Ach, Ciociu! już tak dawno nie widziałam gości! Od czasu, jak tu żyję z kury i indyki, Jeden gość, co widziałam, to był gołąb dziki; Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie; Pan Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie".