Już też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni, Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni, Na wpół widne, na poły w czerni chmur się chowa Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa. Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu, Gęste i poszarpane jako bryły lodu; Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy, Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy, Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny: I tak dzień na przemiany był chłodny i słotny.
Tymczasem Major belki schnące pode dworem Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem Półokrągłe otwory, w te otwory wtyka Nogi więźniów i drugą belką je zamyka. Oba drewna goździami przebite po rogach Ścisnęły się, jako psie paszczęki, na nogach. Zaś powrozami mocniej sznurowano ręce Na plecach szlachty; Major, ku większej ich męce, Kazał pierwej pozdzierać z głów konfederatki, Z pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki. Nawet żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie, Siedziała rzędem, dzwoniąc zębami na chłodzie I na deszczu, bo coraz wzmagała się słota, Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.
Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi I Telimena łączy prośby do łez Zosi, Ażeby miano większy wzgląd na niewolników. Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryków, Moskal, lecz dobry człowiek, dał się udobruchać, Cóż, kiedy sam majora Płuta musiał słuchać!
Ten major, Polak rodem, z miasteczka Dzierowicz, Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz, Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje Z Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje. Płut stał z fajką przed frontem, w boki się podpierał I gdy mu kłaniano się, nos w górę zadzierał, A za odpowiedź, na znak gniewnego humoru, Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.
A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza I Asesora także na bok odprowadza; Przemyślają, jak by rzecz zakończyć bez sądu, A co jeszcze ważniejsza, bez mieszań się rządu.