Co Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści, To natychmiast kucharze robią umiejętni. Wre robota, pięćdziesiąt nożów w stoły tętni, Zwijają się kuchciki czarne jak szatany: Ci niosą drwa, ci z mlekiem i z winem sagany, Leją w kotły, skowrody, w rądle, dym wybucha; Dwóch kuchcików przy piecu siedzi, w mieszki dmucha. Wojski, ażeby ogień tem łacniej rozpalać, Rozkazał stopionego masła na drwa nalać (Zbytek ten dozwolony jest w dostatnim domu). Kuchciki sypią w ogień suche pęki łomu. Inni na rożny sadzą ogromne pieczenie Wołowe, sarnie, cąbry dzicze i jelenie; Ci skubią stosy ptastwa; lecą puchów chmury, Obnażają się głuszce, cietrzewie i kury. Lecz kur niewiele było; od owej wyprawy, Którą w czasie zajazdu Dobrzyński Sak krwawy Zrobił na kurnik, kędy Zosi gospodarstwo Zniszczył, nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo - Jeszcze nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo Sławne niegdyś ze drobiu swego Soplicowo. Zresztą zaś mięs wszelkich był wielki dostatek, Co się zgromadzić dało i z domu, i z jatek, I z lasów, i z sąsiedztwa, z bliska i z daleka: Rzekłbyś, ptasiego tylko niedostaje mleka. Dwie rzeczy, których hojny pan uczty szuka, Łączą się w Soplicowie: dostatek i sztuka.
Już wschodził uroczysty dzień N a j ś w i ę t s z e j P a n n y K w i e t n e j. Pogoda była prześliczna, czas ranny, Niebo czyste, wokoło ziemi obciągnięte, Jako morze wiszące, ciche, wklęsło-wgięte; Kilka gwiazd świeci z głębi, jako perły ze dna Przez fale; z boku chmurka biała, sama jedna, Podlatuje i skrzydła w błękicie zanurza, Podobne do niknących piór Anioła Stróża, Który nocną modlitwą ludzi przytrzymany Spóźnił się, śpieszy wracać między spółniebiany.
Już ostatnie perły gwiazd zamierzchły i na dnie Niebios zgasły, i niebo środkiem czoła bladnie, Prawą skronią złożone na wezgłowiu cieni, Jeszcze smagławe, lewą coraz się rumieni; A dalej okrąg, jakby powieka szeroka, Rozsuwa się i w środku widać białek oka, Widać tęczę, źrenicę - już promień wytrysnął,